Beck's Shoes
Pamiętasz mój problem z butami?
Zaraz po spacerze po Fisherman’s Wharf — gdzie zapach smażonych krabów miesza się z bryzą znad zatoki, a mewy krzyczą nad głowami turystów — ruszam na poszukiwania wygodnego obuwia. Stopy dają o sobie znać. Google, jak zwykle niezawodny, wskazuje jeden sklep w zasięgu kilku kilometrów marszu. Tylko jeden. I to w mieście tej wielkości? Zaskakujące. Większość centrów handlowych, które mijam, wygląda jakby zapadła w sen — zamknięte, ciemne witryny, brak życia. Czyżby handel w San Francisco naprawdę zamierał?
Jedynie sklepy z pamiątkami zdają się trzymać fason. Kolorowe magnesy, bluzy z napisem „I ❤️ SF”, figurki mostu — wszystko to rozstawione gęsto wzdłuż nadmorskiej promenady. Ale żadna z tych rzeczy nie pomoże moim stopom. Ruszam więc w głąb miasta. Pieszo. Przyjemne z pożytecznym — zobaczę więcej niż tylko pocztówkowe widoki.
Sklep, który wskazała mapa, znajduje się przy Lombard Street — tej słynnej, wijącej się serpentynie, którą zna każdy, kto choć raz wpisał „San Francisco” w Google Images. Ale turystyczny blask szybko gaśnie. Gdy tylko minę ten zakręcony odcinek, ulica zmienia się nie do poznania. Z witryn znikają światła, restauracje są zamknięte, lokale usługowe — opuszczone. Całe kwartały wyglądają jakby czas się w nich zatrzymał. Czy Beck’s Shoes wciąż istnieje?
Rodzina, którą tu odwiedzam, mówi mi później, że to efekt rosnącej przestępczości i bezradności lokalnej policji. Smutne, ale prawdziwe.
Stopy bolą coraz bardziej. Na mapie wyglądało to na krótki spacer, a tymczasem mijam coraz bardziej obskurne okolice, wciąż daleko od celu. Jedno mnie pociesza — mimo wszystko nie czuję się tu zagrożony. W końcu, po dłuższej wędrówce, odnajduję Beck’s Shoes. I to jak! Sklep wygląda jak oaza w pustyni — czysty, zadbany, pełen życia. Obsługa od razu podchodzi z pomocą, ale nie potrzebuję jej. Mój wzrok od razu pada na buty Brooks — do biegania, lekkie, wygodne, idealne. Przymierzam tylko tę jedną parę. Wystarczy. 190 dolarów później — warte każdej złotówki — mogę ruszać dalej.
Nowe buty na nogach, a w głowie lekkość — nie tylko fizyczna, ale i psychiczna. Wędrówka przez mniej reprezentacyjne oblicze San Francisco zostawiła ślad, ale też otworzyła oczy. To miasto to nie tylko mosty, tramwaje i widoki z pocztówek. To także kontrasty — piękno i zaniedbanie, bogactwo i pustka, tętniące życie i cisza zamkniętych witryn.
Z Beck’s Shoes ruszam dalej, już bez bólu, z nową energią. Przechodzę przez dzielnice, które nie trafiłyby na okładki przewodników, ale mają swój rytm, swój zapach, swoje historie. Mijam ludzi — nie turystów, lecz mieszkańców — rozmawiających na rogach ulic, siedzących na schodkach kamienic, żyjących tu na co dzień. I choć nie wszystko tu lśni, czuję, że właśnie teraz poznaję prawdziwe San Francisco.
Dalszy ciąg pod karuzelą ze zdjęciami. Kliknij, żeby zobaczyć pełny rozmiar.
Crack i zapach marihuany
Nie jest jeszcze późno, ale czas wracać do Belmont, gdzie zatrzymałem się u rodziny. Czeka mnie podróż pociągiem Caltrain, a potem telefon z informacją, że dotarłem. Problem w tym, że mój telefon pokazuje 15% baterii, a zdecydowałem się na spacer przez miasto — prądożerna mapa będzie mi potrzebna częściej, niż bym chciał.
Opuszczam dzielnicę, która wygląda jakby czas ją porzucił, i ruszam w stronę centrum. Nowoczesne osiedla szybko ustępują miejsca kamienicom z początku XX wieku. Wkrótce wchodzę w Tenderloin — dzielnicę, o której słyszałem, ale której nie spodziewałem się zobaczyć w takiej skali. Ulice są gęsto usiane namiotami, prowizorycznymi schronieniami, w których mieszkają ludzie pozbawieni wszystkiego. Niektórzy stoją nieruchomo, w dziwnych, nienaturalnych pozach — jakby czas ich zatrzymał. To efekt działania fentanylu, który, jak się później dowiem, jest tu wszechobecny. Ci, którzy są na wcześniejszym etapie uzależnienia, palą crack i marihuanę. Zapach tych substancji unosi się w powietrzu, mieszając się z kurzem i wilgocią.
Niektórzy z bezdomnych patrzą na mnie z niechęcią — jak na intruza, który nie powinien tu być. Niestety, Tenderloin to labirynt, z którego nie ma szybkiego wyjścia. Każda droga prowadzi przez kolejne przecznice tej samej rzeczywistości. Staram się iść pewnym krokiem, nie okazywać niepokoju. To działa — nikt mnie nie zaczepia, nikt nie prosi o pieniądze. Ale napięcie pozostaje.
Nie widzę żadnej policji. Zamiast tego — kolorowe samochody, często kabriolety, z których dudni głośny hip-hop. Sceneria jak z filmu, tylko że prawdziwa. Chodniki są trudne do pokonania — trzeba schodzić na ulicę, omijać namioty, poruszać się ostrożnie. Dopiero później dowiem się, że populacja bezdomnych w San Francisco liczy tysiące osób. Inne stany, próbując rozwiązać własne problemy, wysyłają tu ludzi z biletami w jedną stronę. Kalifornia, mimo chłodnego klimatu, wydaje się dla nich ostatnią nadzieją.
Po blisko godzinie marszu docieram do dzielnicy biurowej. Tu tłok tworzą już nie bezdomni, a pracownicy wracający z biur. Tempo rośnie, dostosowuję się do rytmu miasta. Ale gdy zbliżam się do stacji Caltrain, znów wracam do świata namiotów i posągów — ludzi zatrzymanych przez fentanyl, nieruchomych, jakby wyrwanych z rzeczywistości.
Na koniec — pociąg. Komfort, którego nie spodziewałbym się po kolei podmiejskiej. Zerknij na zdjęcia poniżej. Telefon pokazuje 8% baterii, a do odjazdu zostało 20 minut. Wystarczy. Po półgodzinnej podróży wysiadam w Belmont. 4% baterii — wystarczająco, by zadzwonić i powiedzieć: „Czekam.”
Następny przystanek: Sacramento. Mam zarezerwowany bilet na poranny autobus Greyhound. Do San Francisco wrócę za kilka dni — i z przyjemnością opowiem, co zobaczę.
Poniżej galeria. Kliknij, żeby zobaczyć pełny rozmiar.